Jak oceniać dziwne zjawiska? – Wood George

Jako chrześcijanie ewangeliczni, czyli ludzie poddani autorytetowi Pisma Świętego, wszystkie sprawy dotyczące naszej wiary oceniamy na podstawie Słowa Bożego. Jak podejść, w takim razie, do wydarzeń, o których donoszą zagraniczne czasopisma religijne i które tu i ówdzie mają miejsce w naszym kraju. Do omówienia tego zagadnienia wykorzystaliśmy obszerne fragmenty wykładu wygłoszonego na początku kwietnia br. (tzn. 1995) w Breganzona, Szwajcaria, podczas konferencji przywódców Kościołów Zielonoświątkowych z Europy Południowej i Środkowej. Autor jest sekretarzem generalnym Zborów Bożych („Assemblies of God”) w USA.

OBOWIĄZEK BADANIA

(…) Niektórzy sam fakt badania słuszności rzekomego doświadczenia duchowego mogą krytykować jako brak wiary oraz dowód nieduchowości. Jednakże naszym obowiązkiem jest zbadać wszystko przy pomocy Pisma. Nowy Testament mówi nam o mieszkańcach Berei, którzy „przyjęli Słowo z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się rzeczy mają” (Dzieje Apostolskie 17:11). Innymi słowy, Berejczycy nie zostawili swoich głów na korytarzu na czas nabożeństwa i kazania, by potem zabrać je wychodząc z budynku. Zadawanie pytania o to, czy Biblia potwierdza konkretną głoszoną doktrynę lub przeżycie nie świadczy o braku duchowości ani nie jest bezbożne. Apostoł Paweł doradza nam: „Wszystkiego doświadczajcie, co dobre, tego się trzymajcie” (1 Tesaloniczan 5:21) oraz „a inni niech osądzają” (1 Koryntian 14:29). (…)

Doktrynalna czujność wymaga jednak równowagi, aby spierający się o ortodoksję nie stali się pozbawionymi miłości sędziami. Pan chwali zbór efezki za jego wielką ostrożność co do rozróżniania prawdziwych i fałszywych proroków, ale karci za porzucenie pierwszej miłości. Tak łatwo przestać okazywać miłość, gdy się spiera o to, co „słuszne” na polu doktryny. Chrześcijańscy apologeci, jeśli nie będą wrażliwi, mogą się jawić jako formaliści z ustami pełnymi kwaśnych winogron; faryzejscy i nieznośni. Słuszne jest stawianie każdej sprawy w świetle Pisma, ale nie powinno się prowadzić takich badań w duchu pozbawionym miłości i radości.

Powinniśmy tu mieć na względzie przykład Williama J. Seymoura, przełożonego Misji Azusa w Los Angeles. Podczas wielkiego przebudzenia na Azusa Street, Seymour i inni byli ostro krytykowani za naleganie na „sprawdzenie wszystkiego ze Słowem”. Seymour odpowiedział na krytykę we wrześniu 1907 roku w czasopiśmie «The Apostolic Faith» (Wiara apostolska).

„Wszystko mierzymy Słowem, każde doznanie musi być porównane z Biblią. Niektórzy sądzą, ze jest to posuwanie się za daleko, ale czy istotnie zbyt dokładnie staramy się przestrzegać Słowa w naszym życiu, osądzi to nasz Pan, gdy spotkamy Go w przestworzach.”

NORMA CZY WYJĄTEK

W sprawie zjawisk towarzyszących aktualnemu ożywieniu duchowemu w wielu kościołach i zgromadzeniach zadać trzeba dwa pytania: (1) czy w Piśmie znajdujemy tego przykłady oraz, jeśli tak, (2) czy są one «normatywne», stanowią pewien wzór chrześcijańskiego doznania, przeżycia?

Dlaczego zadajemy te pytania? Przypuśćmy, że współcześnie pojawia się ktoś z darem uzdrawiania; dzieje się jednak coś niezwykłego – ludzie są uzdrawiani wtedy, kiedy pada na nich cień tego duchownego. Przypuśćmy następnie, że wieść o tym rozeszła się po świecie i oto inny duchowny zaczyna głosić „służbę cienia”. Przypuśćmy, że pojawiają się jeszcze inni, którzy mówią: „Wszyscy duchowni mogą pełnić taką służbę, a każdy potrzebujący uzdrowienia powinien znaleźć się w zasięgu ich cienia”. Wreszcie, wyobraźmy sobie książki nauczające cały Kościół Chrystusa o tym, jak ważna i potrzebna jest „służba cienia” w każdym zborze.

Jak ocenilibyśmy taki nacisk, takie twierdzenia? Przez zadanie dwóch pytań: (1) czy coś takiego pojawia się gdziekolwiek w Biblii, oraz, jeśli tak, (2) czy ma to być norma dla wszystkich?

Odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi „tak”. Dzieje Apostolskie 5:15 podają: „Nawet na ulice wynoszono chorych i kładziono na noszach i łozach, aby przynajmniej cień przechodzącego Piotra mógł paść na którego z nich”.

Jednakże odpowiedź na pytanie drugie brzmi „nie”. Nigdzie nie jest napisane, że któryś z pozostałych apostołów miał „służbę cienia”.

Wydaje się, że dotyczy to tylko Piotra. Czy wyobrażacie sobie co by było, gdyby w pierwotnym Kościele inni apostołowie porzucili swoją zwyczajną, mniej spektakularną służbę modlitwy za chorych, aby pościć i modlić się o „służbę cienia”? Co by było, gdyby Piotr organizował seminaria na jej temat? Kościół uwikłałby się w szczegół porzucając normatywny wzór dany przez Pana apostołom: „Na chorych ręce [nie cienie] kłaść będą, a ci wyzdrowieją” (Marka 16:18). Chory nie powinien szukać „cienia”, ale „przywołać starszych zboru i niech się modlą nad nim, namaściwszy go oliwą w imieniu Pańskim” (Jakuba 5:14).

„Służba cienia”, jakiej doświadczył Piotr, pokazuje, że Duch Święty może suwerennie działać przez jednostkę w ograniczonym czasie i w wyjątkowy sposób, ale że takie działanie Ducha Świętego nie musi być normą dla całego Kościoła. Coś jest normą wtedy, jeśli jest jasno zalecane, potwierdzane, powtarzane lub nakazywane przez Pismo.

W życiu Kościoła apostolskiego zaistniały wydarzenia, które oscylują między normą a wyjątkiem. Na przykład: jaki jest zasadniczy wzór dyscyplinowania w zborze? Czy nie jest nim Mateusza 18:15-20? Jak więc wytłumaczyć śmierć Ananiasza i Safiry, będącą karą za ich kłamstwo? Na pewno nie pasuje ona do wzoru z Mateusza 18! Jak sobie z tym poradzić? Czy ma to być wyjątek czy reguła, wydarzenie unikalne czy norma? Aby odpowiedzieć na to pytanie, zajrzyjmy do Pisma. Czy znaleźć tam można jakiś inny przykład dyscypliny kościelnej oznaczającej natychmiastowe działanie Ducha Świętego? Czy mamy nakaz wzywania Ducha Świętego, aby kłamców położył trupem? Czy na każdym spotkaniu zboru konieczna jest obecność lekarza poświadczającego zgon lub przedsiębiorcy pogrzebowego? Nie! W sprawie grzechu w życiu zborownika powinniśmy posłużyć się wzorem z Mateusza 18 i 1 Koryntian 5.

Inny przykład różnicy między wyjątkiem a normą stanowią zjawiska, jakie towarzyszyły wydarzeniom Pięćdziesiątnicy: wiejący gwałtowny wiatr, języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdej ze 120 zgromadzonych osób oraz mówienie różnymi językami, w zależności od tego jak pobudził je Duch. Czy te zjawiska są czymś wyjątkowym, jednorazowym czy też stanowią normę, wzór dla innych ludzi wierzących? Okazuje się, że wiatr i języki ognia są wyjątkami. Nie pojawiają się nigdzie indziej na kartach Biblii. Nie możemy na ich podstawie zbudować doktryny i nauczać ludzi: „Zanim zostaniecie ochrzczeni w Duchu, muszą się pojawić wiatr i ogień”. Ale mówienie innymi językami pojawia się w związku z napełnieniem Duchem Świętym również w innych sytuacjach. My, zielonoświątkowcy, przyjmujemy mówienie innymi językami za normę, gdy chodzi o wstępny, fizyczny dowód na to, że ktoś jest ochrzczony w Duchu Świętym, bo zjawisko to powtarza się także przy innych okazjach i z tekstu można wywnioskować, że mówienie językami pojawia się zawsze tam, gdzie ludzie dostępują chrztu w Duchu. (…)

NOWOŚĆ

Dla nas, jako ludzi Ducha, chrześcijaństwo to doświadczanie, doznawanie. Gdy idziemy na nabożeństwo, spodziewamy się „odczuć Bożą obecność”. I słusznie! Biblia wyraźnie uczy, że obecność Chrystusa odbieramy nie tylko naszymi umysłami, ale również za pomocą uczuć.

Jednak nasze otwarcie na przeżycia może nas uczynić ofiarami nowości. Dlatego właśnie tak ważne jest, aby zielonoświątkowcy mieli solidne podstawy biblijne. Duch Boży płynie w rzece Słowa. Duch Boży nie ryzykuje pójścia tam, gdzie nie idzie Słowo.

Przykro to mówić, ale nasze poszukiwanie przeżyć często wiąże się z brakiem opartego mocno na Biblii nauczania, głoszonego przez kaznodzieję lub zdobytego przez osobiste studiowanie Słowa Bożego. Gdy tego właśnie brakuje, wtedy pomysłem na przyciągnięcie tłumów staje się „nowość”.

Dawno temu mądrze doradził mi pewien przyjaciel: „Jako pastor pozyskasz ludzi wtedy, kiedy ich zatrzymasz. Jeśli będziesz ciągle podążać za najnowszą modą, to będziesz musiał wciąż uganiać się za nowinkami, by zatrzymać ludzi, ale jeśli będziesz głosić Boże Słowo i w centrum stawiać Chrystusa, to nie trzeba ci niczego więcej, aby tych ludzi nie stracić”. (…)

Przy samym końcu swej służby apostoł Paweł również myślał o tym z wielką troską. Ostrzegał nas przed upodobaniem do nowinek: „Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom” (2 Tymoteusza 4:3-4).

Czasami pytano mnie: „Co ostatnio powiedział ci Pan?” Wnoszę z tego, że pytający uważa, iż jeśli nie mam „najnowszego” objawienia, to coś się zepsuło w mojej relacji z Bogiem, albo mój stan duchowy nie jest całkiem w porządku. Wtedy moje serce aż rwie się, aby odpowiedzieć: Oto, co mi Pan powiedział ostatnio: „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca, myśli, duszy i siły swojej, a bliźniego swego jak siebie samego”. Powinniśmy tęsknić za podstawowymi przeżyciami w Chrystusie, a nie uganiać się za plewami unoszonymi byle wiatrem czy kaprysem doktryny.

Pewien godny zaufania nauczyciel, mówiąc o moich obowiązkach duchownego, doradził mi: „Sprawy najważniejsze to sprawy wyraźne, a sprawy jasne to sprawy najważniejsze”. Rzeczywiście, zauważamy to czytając księgę Dziejów Apostolskich. Pierwsi wierzący „trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dzieje Apostolskie 2:42). Zauważcie, jak proste są sprawy najważniejsze. (…)

WSPÓŁCZESNY GNOSTYCYZM

Pod koniec ery apostolskiej i na początku II w. po Chrystusie rozwinęła się w łonie chrześcijaństwa herezja zwana gnostycyzmem. Jej nazwa pochodzi od greckiego słowa gnosis – wiedza. Gnostycy mówili o pozabiblijnym objawieniu i byli przesadnie zafascynowani niewidzialnym światem oraz hierarchiami w świecie aniołów. Nie można było być „duchowym”, jeśli nie przystąpiło się do ich tzw. tajemnej wiedzy, czyli tworzenia mapy świata z zaznaczonymi strefami wpływów różnych mocy i zwierzchności. Paweł ostrzegł Kolosan przed tymi, którzy podsuwali ciału Chrystusa taką „tajemną” wiedzę, nie mającą podstaw w nauce apostolskiej: „Opierając się na swoich widzeniach, pyszni się bezpodstawnie cielesnym usposobieniem swoim, a nie trzyma się głowy, z której całe ciało, odżywiane i spojone stawami i ścięgnami, rośnie wzrostem Bożym” (Kolosan 2:18,19).

Kiedy w twój zbór uderzy znowu „fala” doktryny, zastanów się: „Jeśli to takie ważne, to czemu nie mówił o tym Jezus? Czemu nie uczyli tego apostołowie? Czemu w Piśmie nie ma wzmianek ani zaleceń na ten temat? Czemu nie wydaje się, aby było to praktykowane lub nauczane w pierwotnym Kościele?”

Najwyraźniej zadano sobie te pytania na początku stulecia, przy okazji współczesnego wylania Ducha Świętego. Stwierdzono, że doktryna chrztu w Duchu Świętym i „pełnej Ewangelii” była nauczana przez Jezusa, apostołów, Pismo Święte i pierwotny Kościół. Powodem, dla którego doktryna ta zamarła i nie miała znaczenia praktycznego było zlekceważenie i porzucenie biblijnego nauczania na temat Ducha Świętego. Tak więc Duch Święty powołał do istnienia ruch zielonoświątkowy, aby przywrócić to, co zostało utracone. Nie miał na celu stworzenia czegoś nowego, co nigdy nie znajdowało się na pierwszym planie.

Gnostycy patrzyli na chrześcijan opierających się na Biblii z góry. Pysznili się swoją wiedzą „tajemną”. To oni mieli „twardy pokarm”, podczas gdy inni żywili się „mlekiem”. Byli dojrzali, bo rozumieli „głębsze sprawy Ducha”. Musimy strzec się ponownego rozwoju gnostycyzmu we współczesnym Kościele, bo odwodzi on ogół wierzących od pewnego fundamentu Słowa i oddaje pod wpływ ludzi o silnej osobowości, z darem przekonywania, którzy umieją sprzedawać i popularyzować własne pomysły i przeżycia. Tacy nie są posłuszni nakazowi apostolskiemu „Głoś Słowo” (2 Tymoteusza 4:2), wolą raczyć Kościół Chrystusa swoim nowym, tajemnym eliksirem duchowości.

Następnie, musimy strzec się, aby nacisk gnostyków, bliźniaczo podobny do wschodniego mistycyzmu new age, chytrze nie zawładnął chrześcijańskim uwielbieniem. Zwolennicy tych nauk wprowadzają bowiem ludzi w zmienione stany świadomości, gdzie rozum, racjonalność są zawieszone, a uwielbiający dryfuje bezwładnie w boskim „OM”, stanie umysłowej pustki znanym w jodze. W uwielbieniu nowotestamentowym, które oddziałuje na zmysły i uczucia, ma swoje miejsce również umysł i wola. Duchowym mistykom w Koryncie Paweł przypomniał, że „duchy proroków są poddane prorokom; albowiem Bóg nie jest Bogiem nieporządku, ale pokoju” (1 Koryntian 14:32,33).

TYLKO PISMO

Czy słyszeliście o płaczącej Madonnie? W połowie kwietnia tego roku byłem we Włoszech, gdzie płacząca Madonna przyciągała uwagę mediów daleko bardziej niż „Toronto blessing” w Północnej Ameryce i Europie Zachodniej.

Pewien ksiądz z małej parafii 40 mil na północ od Rzymu ostatniego lata był w Chorwacji i nabył 18 calowy gipsowy posążek przedstawiający Maryję. Była to prawdopodobnie Madonna z Medżugorje, miasta w Bośni, gdzie Maryja 10 lat temu rzekomo objawiła się dzieciom.

Włoski ksiądz dał posążek w prezencie swojemu sąsiadowi, który umieścił go w ogrodzie, w specjalnie w tym celu zbudowanej niszy.

2 lutego 1995 pięcioletnia córka tego człowieka zauważyła, że Madonna płacze krwawymi łzami, a od tamtego czasu miało to miejsce jeszcze 14 razy. Na pierwszych stronach gazet pojawiły się zdjęcia zakrwawionych policzków Madonny. Gdy wieść się rozniosła, przybywały tysiące ludzi, aby zobaczyć płaczącą Madonnę. Miejscowy biskup, pierwsza osoba, która odniosła się do tego sceptycznie, zabrał figurkę do swojego domu, żeby upewnić się, czy zjawisko to było autentyczne i ogłosił, że statuetka płakała, kiedy trzymał ją w rękach.

Gdy przebywałem w tamtej okolicy, z ciekawości zatrzymałem się przy małej parafii kościoła św. Augustyna pod miastem Citavecchia – parafii, w której znajdowała się figurka. Rozmawiałem z kilkoma miejscowymi osobami. Niektóre kobiety w kościele powiedziały mi, że na własne oczy widziały krew spływającą z oczu Madonny. Badania DNA wykazały, że jest to krew ludzka i należąca do mężczyzny – przypuszczano, że do Jezusa (a może kogoś, kto spreparował całe zjawisko). Już nawet zastanawiano się, czy to DNA pasuje do krwi na całunie turyńskim, szacie, w którą niby to zawinięto ciało Chrystusa. W ten sposób, podczas Wielkanocy 1995r. zainteresowanie miasta i całych Włoch skupione było na płaczącej figurce Maryi, a nie na śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Wozy transmisyjne państwowych agencji informacyjnych wyposażone w anteny satelitarne zaparkowane były przed kościołem, żeby przekazywać najnowsze wiadomości na temat płaczącej Madonny we Włoszech i na cały świat.

Jako protestanci i ludzie Biblii nie wahalibyśmy się przebadać tego zjawiska w świetle Pisma. Jeszcze brzmi nam w uszach ostrzeżenie Marcina Lutra: SOLA SCRIPTURA – TYLKO PISMO. Wiemy, że płacząca Madonna dotyczy systemu religijnego, który przyjął nauczanie nie mające potwierdzenia w Biblii: modlitwy do świętych, czyściec, przeistoczenie chleba i wina, odpusty, papież – namiestnikiem Chrystusa, modlitwy za umarłych, niepokalane poczęcie i stałe dziewictwo Marii oraz jej wniebowzięcie do nieba, gdzie jest współpośrednikiem przed Bogiem.

Dlaczego opowiadam historię płaczącej Madonny w kontekście tzw. „przebudzenia śmiechu”? Jeśli ślepo zaakceptujemy wszystkie niezgodne z Pismem zjawiska wyłącznie na podstawie naszych odczuć, przeżyć lub nieumiejętności ich racjonalnego wyjaśnienia, wtedy ryzykujemy odejście w niebezpieczną subiektywność, która z biegiem czasu odciągnie nas, podobnie jak chrześcijaństwo rzymskie, od chrześcijaństwa biblijnego. Takie odstępstwo może ostatecznie doprowadzić do powstania pokolenia stanowiącego łatwy lup dla tych, którzy zupełnie odprowadzą je od Chrystusa (Mateusza 24:24).

Nie jest rzeczą niestosowną, aby zielonoświątkowcy opowiadali się za ostrożnością i rozwagą. Dobrze zrobimy pozostając w kręgu bezpieczeństwa gwarantowanego przez Pismo Święte, nie wkraczając w niebezpieczne strefy zjawisk duchowych już poza obrębem Bożego Słowa.

Czemu mamy poświęcać swą uwagę na poboczne doznania i doktryny, jeśli w zamian możemy poświęcić naszą całą uwagę Panu oraz nauczaniu Jego i apostołów?

ANTIDOTUM

Jak Kościół Chrystusa może uodpornić się na ciągle bijące weń wichry rozmaitych nauk?

Doszedłem do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem nie jest stanie się nieżyczliwym krytykiem, niepewnym apologetą, czy pozbawionym miłości wojownikiem o doktrynę. Ani światu ani Kościołowi ludzie małostkowi nie są pomocni. Przykro to mówić, ale znam wiele przykładów ludzi, których ortodoksyjne przekonania teologiczne są słuszne, ale ich sposób polemizowania jest niezgodny z owocem Ducha Świętego. Wypuszczają strzały niezgody, egoistycznych ambicji, niesnasek oraz separatyzmu, zamiast okazywać miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie (Galacjan 5:19-23). (…)

Na przełomie lat 80-tych byłem pastorem w południowej Kalifornii. Stałem się wtedy szczególnie niechętny tzw. «ruchowi wiary». Bo co głosili? Jeśli ktoś nie został uzdrowiony, to jest to jego własna wina, mówili: przeszkodą dla uzdrowienia może być tylko grzech lub niewiara. Jeden z moich przyjaciół mówił mi załamany: „Przez nich musiałem radzić sobie nie tylko z brzemieniem, które nałożyła na mnie choroba (stwardnienie rozsiane), ale również z dotkliwym ciężarem odpowiedzialności za to, że zachorowałem i choroba nie ustępuje”.

Zauważyłem jednak, że moje kazania przeciwko temu ruchowi stały się bardzo natarczywe. Pewnego dnia usłyszałem delikatny głos Ducha Świętego mówiący: „Nie masz prawa krytykować «ruchu wiary». Na swoich nabożeństwach nie dajesz okazji do regularnej modlitwy za chorych, więc nie masz prawa potępiać innych”.

Natychmiast zdałem sobie sprawę, gdzie popełniłem błąd: chcąc naprawić brak równowagi, stanąłem na drugiej szali. Musiałem więc od razu przejść na środek – później prawie ma każdym nabożeństwie namaszczaliśmy chorych olejkiem i modliliśmy się o nich. (…)

NEUROTYCY I NIESPOKOJNI

Przyszło mi wreszcie zająć się sprawą, z którą musiał kiedyś uporać się każdy zielonoświątkowy pastor. (…) W Kościele, Ciele Chrystusa znaleźć można wiele rodzajów wierzących: nowo nawróceni, niedojrzali, dojrzali, młodzi, starzy, cieleśni, duchowi, zrównoważeni i niezrównoważeni.

Zauważyłem (u nas w Ameryce), że za każdym razem, gdy pojawia się przebudzenie, przychodzi dużo ludzi, których można określić mianem neurotyków, ludzi niespokojnych, niedojrzałych pod względem intelektualnym, emocjonalnym, z zaburzeniami w sferze relacji z innymi ludźmi. Działający Duch Święty dosłownie rzeźbi na nowo ich osobowość. Jest to czas kiedy, podobnie jak opętany Gadareńczyk (Marka 5), mogą otrzymać pomoc i uwolnienie. Natomiast większość uczestników zgromadzeń to ludzie wierzący niestali, wędrujący od zboru do zboru.

Czasami podczas prawdziwego poruszenia wywołanego przez Ducha Świętego tacy neurotycy zachowują się w sposób bardzo skrajny, a nawet niewłaściwy. W rzeczywistości, jeśli zdecydowanie, ale z miłością, temu nie zaradzimy, ich zachowanie może stać się ubocznym widowiskiem. Przyciąga ono uwagę innych tak bardzo, że odkładają własne poszukiwanie Pana, a niektórzy z kolei są tak niechętni tym zachowaniom, że opuszczają zgromadzenie albo oświadczają, iż nie życzą sobie czegoś „takiego”.

Chciałbym stwierdzić jasno, że nie chodzi mi o właściwe i uzasadnione przejawy darów duchowych, ale o skrajność w zachowaniu lub wyrażaniu darów duchowych co sprawia wrażenie, że człowiek wielbiący Boga chce skierować uwagę innych ludzi na siebie.

Zapytałem raz J. Edwina Orr’a o te zjawiska towarzyszące przebudzeniu: wybuch głupoty, wariactwa, „cielesności” czy skrajności w zachowaniu. Dr Orr zajmował się historią i naturą przebudzeń i napisał o nich więcej niż ktokolwiek w ciągu całych dwudziestu wieków chrześcijaństwa.

Wyjaśnił mi: „Gdy zaczyna się przebudzenie, Kościół zachowuje się jak drewniana dacza nad brzegiem oceanu zabita deskami na czas zimy. Zaczyna wiać silny wiatr północno-wschodni. Jeśli stoisz w pobliżu chatki, to co słyszysz? Odgłos niedokręconych zawiasów i okiennic trzeszczących na wietrze. Tak też jest z Kościołem. Gdy nadchodzi wiatr przebudzenia, najpierw słyszysz odgłos wydawany przez osoby, które są tymi luźnymi zawiasami i okiennicami.”

To wyjaśnienie trafiło mi do przekonania. Wielu ludzi nie chciało mieć w ogóle do czynienia z przebudzeniem, bo znało tylko jego pierwsze objawy: rozedrgane zawiasy i okiennice starające się przyciągnąć uwagę.

Wg Dr. Orr’a, po pewnych „szaleństwach” w niektórych kręgach charyzmatycznych, przyjdzie Duch Święty w mocy, aby przebudzić cały Kościół. Wiatr Jego obecności zaczął już wiać!

Przenieśmy naszą uwagę z luźnych zawiasów i okiennic na Osobę samego Ducha Świętego, którego głównym zadaniem jest wywyższenie Chrystusa! (…)

Tłum. Joanna Sosulska