Świadectwo nawrócenia – Łukasz

Moje świadectwo mogłoby być krótsze i o wiele mniej spektakularne, gdybym wcześniej zaufał swojemu Panu.
Pamiętam jak Bóg do mnie przemawiał i stał przed drzwiami mojego serca przez kilkanaście lat. Od dzieciństwa czułem Jego świętą obecność w swoim życiu. Pamiętam, gdy miałem kilka lat obudziłem się w środku nocy i w domu nie było nikogo, rodzice po prostu gdzieś wyszli, a ja z dziecinną naiwnością ukląkłem i zacząłem się modlić, by wrócili.

Wychowałem się w obrządku katolickim i nie sądziłem nigdy, by zaistniała kiedyś potrzeba zmiany wyznania, szczerze mówiąc traktowałem wszelkie inne odłamy chrześcijaństwa jako sekty bądź fanatyzm religijny. Dlatego w kościele katolickim próbowałem odnaleźć siebie w jakiejś służbie, by móc podobać się Bogu i być bliżej Niego.

Mając 8 lat postanowiłem zostać ministrantem. Będąc w liceum grałem już i śpiewałem Bogu w przykościelnym ruchu „odnowa ducha” i tam nastąpił przełom w moim życiu, będąc wtedy letnim chrześcijaninem stałem się zimny i postanowiłem iść swoją drogą. Było to podczas modlitwy uwielbieniowej, słysząc jak wielkie dziękczynienie ludzie wznoszą Bogu i jak wiele mu zawdzięczają, powiedziałem w duchu: „Panie przecież ja nie mam Ci za co dziękować, jestem przecież zdrowy, dobrze się uczę, w domu mam kochających rodziców”. – gdybym wtedy zdawał sobie sprawę z bluźnierstwa, które w formie modlitwy wyszło z moich ust, upadłbym na kolana i prosił Boga o przebaczenie. Tak się jednak nie stało, wyszedłem ze spotkania modlitewnego i od tej pory postanowiłem sam wyznaczać sobie kierunek życia i granice swojej moralności. Niestety Bóg nie może nam pomóc kiedy świadomie go wypraszamy z naszego serca, najgorsze jest to że przychodzą inni nieproszeni goście, którym bardzo wygodnie w naszym grzesznym ciele i których bardzo ciężko potem wyprosić. Wydawało mi się, że teraz ja jestem sobie sterem i okrętem, ale przecież robiłem to czego nie chciałem, słuchając głosu własnych pożądliwości i spełniając plan diabła, który za wszelką cenę chciał mnie zniszczyć.

Kilka lat wcześniej miałem okazję usłyszeć o kościele zielonoświątkowym przez moją babcię, która uwierzyła i dała się ochrzcić. Byłem zdumiony, że tak gorąco można wielbić Boga i w tak prosty, żywy sposób, było to całkowicie inne uwielbienie niż w kościele katolickim, gdzie ludzie skupiają się na sakramentach i wyuczonych na pamięć modlitwach. Zacząłem czytać Biblię, która wcześniej wydawała mi się książką dla filozofów i gdy ją przeczytałem od początku do końca ucieszyłem się, że tak piękny jest Boży plan zbawienia ludzkości przez krew Jego syna, chciałem nawet przyjąć Jezusa Chrystusa jako swego zbawiciela, lecz wiązało się to ze zmianą mojego życia, a ja tak bardzo kochałem wolność i wygodę. Szybko zapomniałem o Słowie Bożym, które zaczęło mnie osądzać i przemawiać do mojego grzesznego serca. Na studiach zaczęło się nowe życie, zacząłem palić papierosy, nadużywać alkoholu i czułem się z tym dobrze, robili to przecież wszyscy moi znajomi. Zacząłem palić „trawkę” – która jest przecież miękkim narkotykiem i nawet czasami może być stosowana w ziołolecznictwie (tak wtedy myślałem), bawiłem się życiem i używałem go. Na drugim roku straciłem wszystko: znajomych, narzeczoną, komórkę, gitarę, nie zdałem egzaminów na kolejny rok studiów i znalazłem się na lodzie, wszystko to przez „niegroźną” trawkę, którą paliłem od tej pory codziennie, znieczulając się w moim nieudanym życiu. Gdy w końcu odeszła ode mnie dziewczyna, której nie poświęcałem wtedy zbyt dużo czasu, coś we mnie pękło… Pamiętam jak zacząłem płakać i prosić Boga o pomoc, po tak długim czasie… Jednak znalazłem szybszą drogę, by zgasić smutek i rozpacz, zacząłem palić jeszcze więcej marihuany, która dawała mi poczucie błogości i która stała się odskocznią od codziennego stresu, po roku zorientowałem się, że muszę palić po to, by nie być nerwowym, to znaczy by normalnie funkcjonować. Każdy dzień wyglądał tak samo i był tak samo beznadziejny. Wyrządziłem wiele smutku moim rodzicom, którzy widzieli jak bardzo się pogrążam. Moja mama wypłakała wiele łez przeze mnie i nie przespała tyle nocy, ale na mnie nie robiło to większego wrażenia. Nawet ją zachęcałem do spróbowania tego magicznego specyfiku. W swoim życiu zacząłem dostrzegać dziwne, niewytłumaczalne zjawiska, których do dzisiaj nie rozumiem. Czasami słyszałem w głowie cytaty biblijne, miałem dziwne wrażenie obcowania z jakimiś siłami nadprzyrodzonymi, ale to było zbyt mało, by przekonać tak zatwardziałego człowieka jakim się stałem. Czasami próbowałem się modlić, ale tak trudno mi było rozmawiać z Bogiem po tym wszystkim co mu uczyniłem, gdy tylko moje modlitwy wzlatywały kilka metrów ponad ziemię, zaraz przychodził oskarżyciel i wmawiał mi, że tak wielki zdrajca Słowa Bożego jak ja nie ma po co przychodzić przed Boży tron. Wtedy zasmucony zasypiałem…Wszystko to działo się do momentu, gdy wraz z mamą wyjechałem do Niemiec, do Babci u której zapewne zamieszkiwać musiał Duch Święty, tam bowiem moja modlitwa wzniosła się na tyle wysoko, że poczułem obecność Jezusa, który przyjął mnie jak swojego od dawna oczekiwanego syna marnotrawnego. Był to drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 2003 roku. Leżałem w łóżku z wysoką gorączką i jak już wspomniałem, zacząłem się modlić. Pierwszy raz w życiu całkowicie zawierzyłem Bogu w następujących słowach: „Panie, nie potrafię już dłużej kierować swoim życiem, możesz zrobić z niego co tylko chcesz. Tak pragnę byś mnie zbawił i wybaczył wszystkie moje grzechy, tak boję się o swoją przyszłość i przepraszam Cię, że twierdziłem kiedyś, że nie mam Ci za co dziękować, dziękuję ze umarłeś za mnie”. Poczułem działanie Ducha Świętego, który w jednej sekundzie wygonił wszelkie demony z mojego ciała, które było ich siedliskiem i poczułem się wolny od wszelkich nałogów i od wszelkiego grzechu, który był dla mnie zbliżającą się i nieuniknioną karą śmierci. Wzamian za to otrzymałem wspaniałą nagrodę odkupienia, całkowicie za darmo. Mogłem wtedy uczynić tylko jedno – płakałem jak dziecko. Dziś, kiedy to piszę mija 6 miesięcy od kiedy stałem się nowym stworzeniem w Chrystusie, 10 czerwca 2004 roku ślubowałem Bogu swoje całkowite oddanie i poprzez chrzest wiary jeszcze raz wyznałem, że jest moim osobistym zbawicielem. Moje życie zmieniło się całkowicie: czuje się wolny od nałogów i gram na gitarze w zborze – już nie sobie lecz Bogu. Bóg dał mi jeszcze jedną rzecz, pokój, bo już nie boję się o swoją przyszłość.

„Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie; Ale tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi, i Ja się zaprę przed Ojcem moim, który jest w niebie.” Mat. 10 (32-33)