Świadectwo nawrócenia – Grażyna

Wychowałam się w rodzinie chrześcijańskiej. Od najmłodszych lat uczęszczałam na nabożeństwa, ale po osiągnięciu dorosłego wieku zaprzestałam tego. W kościele pojawiałam się bardzo sporadycznie.

Nie oznacza to, że zaprzestałam wierzyć w Boga, ale mój kontakt z Nim jakoś się urwał. Byłam pewna, iż sama poradzę sobie z codziennymi problemami, że nikt nie jest w stanie kierować moim życiem i wszystko zależy ode mnie. Bóg zawitał w moim sercu ponownie po jakimś czasie, a powodem tego były ciężkie chwile, jakie wystawiły na próbę moją wiarę. Rok po ślubie bardzo poważnemu wypadkowi samochodowemu uległ mój mąż. Grzegorz miał połamane obie nogi, a także wiele innych obrażeń ciała. Lekarze w szpitalu nie dawali mu wielkich szans na całkowite wyzdrowienie, co w jego przypadku równało się z powrotem do wykonywanego zawodu. Był on bowiem żołnierzem zawodowym, więc sprawność fizyczna miała tu duże znaczenie. W tym samym roku, w dwa miesiące po wypadku męża, urodziłam martwe dziecko. Ten rok był dla nas obojga bardzo ciężki.

Może właśnie dlatego zaczęłam częściej myśleć o Bogu, o tym jak mało miejsca zajmuje w naszym sercu. Są w życiu człowieka chwile, w których nie może sobie sam poradzić z napierającymi na niego kłopotami, trudnymi przeżyciami. Bardzo często rodzina, bliscy nam ludzie, mimo serdecznych chęci, nie mogą nam pomóc, nie umieją pocieszyć i dotrzeć do nas. Dobrze jest wtedy, jeżeli możemy zwrócić się o pomoc, pocieszenie i nadzieję właśnie do Boga.

Leczenie i rehabilitacja męża trwała rok czasu i przebiegała bardzo pomyślnie. Po tym okresie wrócił do wykonywanego zawodu choć nikt z rodziny, znajomych nie wierzył w to. Nawet lekarze nie dawali nam nadziei na pomyślne zakończenie leczenia. Wydawało się, że przez cały czas będą nam towarzyszyły tylko i wyłącznie niepowodzenia.

W księdze Joba 5.
„Szczęśliwy to człowiek, którego Bóg smaga,
dlatego nie pogardzaj karceniem Wszechmocnego!
Bo On rani, lecz i opatruje,
Uderza, lecz jego ręce leczą.”

W życiu człowieka jest różnie, raz pada deszcz, a raz świeci słońce, ale jedno i drugie jest w życiu potrzebne. Oczywiście, wiadome jest, że każdy z nas chciałby, aby dla niego zawsze świeciło słońce. Po pewnym czasie zaświeciło też dla mnie.

Urodziłam dwoje zdrowych dzieci, a mąż szczęśliwie dosłużył do emerytury. To fakt, że pójście na emeryturę przyspieszyła jego choroba. Wierzę w to, że Bóg kierował naszym życiem.

Przeprowadziliśmy się do Zielonej Góry. Punktem zwrotnym w moim życiu był czas, gdy pojawiłam się na ewangelizacji w Nowej Soli. Prezb. Michał Hydzik mówił kazanie na temat czasów ostatecznych. Zaczęłam się zastanawiać nad swoim życiem, nad tym co się ze mną stanie po śmierci, czy znajdę się w Królestwie Bożym? Zawsze myślałam, że jestem dobrym człowiekiem, że prowadzę życie lepsze od innych ludzi. Ale czegoś mi w tym moim życiu brakowało, tęskniłam za taką bezpośrednią więzią z Bogiem.

W liście św. Pawła do Efezjan:
„Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę,
i to nie z was. Boży to dar:
Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił.”

Zrozumiałam, że same uczynki nie wystarczą, albowiem potrzebna jest wiara. Zaczęłam chodzić regularnie do kościoła, modlić się. Jestem szczęśliwa, że zaprosiłam Jezusa do swojego serca i że gości On w nim do dziś. Chrzest przyjęłam w Zielonej Górze w 2002 roku mając 42 lata. Moja droga do Jezusa była długa i kręta, ale wiara w Boga dawała i daje mi siłę w trudnych chwilach mojego życia, mam w Nim oparcie. Ważne jest, aby wytrwać do końca i nie zbaczać z obranej drogi.

„A kto wytrwa do końca,
ten będzie zbawiony.”
Ew. Mateusza 24:13